Ale o co kaman, czyli "Colorado Kid" Kinga

  • 2
Pierwsze kilkanaście stron „Colorado Kida” to jest to co ubóstwiam w Kingu, a mianowicie mięsiście nakreśleni bohaterowie, których jestem w stanie łyknąć i bez problemu polubić (albo znienawidzić). To nie Rollins, który swoje postacie wprowadzał z finezją skandynawskiego drwala. Tutaj krótka rozmowa w restauracji pomiędzy dwójką sędziwych staruszków zajadających się kanapką z homara, a młodą adeptką dziennikarstwa jest bardziej pasjonująca niż wszystkie cliffhangery z „Lodowej pułapki” razem wzięte. Co mistrz to mistrz, ale jednak w przypadku „Colorado Kida” mistrzu trochę przeholował i w sumie kończyłem tę krótką historię trochę wkurzony, że zostałem zrobiony w balona. No bo kiedy Vince Teague prawi nam, że dobra historia powinna mieć początek, środek i koniec, to ja się z nim zgadzam, bo chłop dobrze gada. Ale co ja mam powiedzieć kiedy King gra mi na nosie i pomija jedną z tych składowych dobrej historii. I co z tego, że dobrze się czyta (w końcu to King; no chyba, że pisze ze Straubem), kiedy po skończonej lekturze przychodzi do głowy tylko WTF, ale na pewno nie dlatego że to było takie och i ach. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że gdzieś pomiędzy wierszami znajduje się odpowiedź na nieśmiertelne pytanie „kto zabił”. Pewnie jest tu ogromne pole do popisu dla wszystkich kingologów, tropiących na kartach jego powieści wszelkie smaczki i nawiązania. Ja jednak wymiękam. Acha. I nie przekonuje mnie odczytywanie tej nowelki jako peanu na cześć rzetelnego dziennikarstwa. Bo wierzę, ze Kinga stać na coś więcej.

2 komentarze :

Paulina pisze...

Serio? Nie wiadomo, kto i co? O, panie Stefanie, lubisz pan ludzi robić w balona. Colorado Kid jeszcze przede mną, słabsze kawałki Mistrza staram się sobie dozować ostrożnie, a sugerując się recenzjami póki co odpuszczam "Rok wilkołaka". Kida też zostawię, na razie. Zwłaszcza, że tak wiele porządnych chwalonych i długaśnych książek przede mną. Pozdrowienia

pisanyinaczej.blogspot.com pisze...

ja aktualnie czytam jedną z nowości Kinga, ale idzie mi póki co topornie. Może wynika to z faktu, że chwytam wiele srok na raz za ogon.