#10 Takie sobie Terytoria

  • 6
Zanim przejdę do rzeczy chciałbym, żeby było jasne: jestem wielkim admiratorem prozy Stephena Kinga. Zaczęło się to jeszcze w szkole średniej, kiedy to w moje ręce trafił sfatygowany biblioteczny egzemplarz „Misery”. Od tego czasu z wielką przyjemnością sięgam po jego książki, a niektóre z nich jak „Lśnienie”, „Cmętarz dla zwieżąt” czy nowela „Mgła”, stanowią dla mnie wzorzec literackiego horroru i bez wątpienia znalazłyby się w rankingu najlepszych książek jakie kiedykolwiek przeczytałem. Problem w tym, że King pisze nadzwyczaj dużo. Niesie to za sobą niestety ryzyko, że od czasu do czasu wypuści się coś poniżej czytelniczych oczekiwań. Tak jak „Talizman”.
Tę opowieść o kilkunastoletnim chłopcu King napisał do spółki ze swoim kumplem nie tylko po piórze, Peterem Straubem. Straub, u nas raczej nieznany, za Oceanem zyskał już sobie grono wiernych czytelników. Ja kojarzę go z wydanej dawno temu „Upiornej opowieści”, Przysięgam, że podchodziłem do niej dwa razy, ale ostatecznie musiałem jednak przed nią skapitulować. Gdyby King o tym wiedział, raczej nie zyskałbym sobie jego sympatii, gdyż król horroru darzy „Upiorną opowieść” ogromną atencją, czemu dał wyraz poświęcając jej cały rozdział w swojej kultowej „Danse Macabre”. Nie wiem. Może kiedyś dam jej jeszcze jedną szansę, tak aby powiedzeniu do trzech razy sztuka stało się za dość. Ale wracając do Talizmanu...
Dwunastoletni Jack Sawyer dowiaduje się, że życie jego mamy wskutek choroby nieubłaganie zbliża się ku końcowi. Ale jest na to rada. Wystarczy że zdobędzie umiejscowiony gdzieś na drugim końcu Stanów Zjednoczonych tytułowy talizman. Jednocześnie okazuje się, że świat w którym żyje Jack nie jest jedynym. Istnieją bowiem inne rzeczywistości, mniej lub bardziej podobne do naszej. Jedną z nich są tzw. Terytoria.
„Talizman” jest przede wszystkim powieścią drogi ubraną w fantastyczny sztafaż (wilkołaki, żyjące drzewa i takie tam dziwności). Śledzimy losy Jacka, przemierzającego wszerz Stany Zjednoczone i od czasu do czasu przeskakującego w Terytoria. Choć spodobała mi się koncepcja światów równoległych zamieszkanych przez odpowiedników nas samych (nazywanych dwójnikami), to jednak same Terytoria nie poraziły mnie swoim wyglądem. Zresztą, Jack rzadko się tam zapuszcza. Swoją podróż odbywa głównie po samych USA, ale odniosłem wrażenie, ze autorzy nie do końca przemyśleli jak ta wędrówka ma wyglądać. Wiele wątków jest dopisanych jakby na siłę, a ich fabularne uzasadnienie w ogóle mnie nie przekonywało. King i Straub rzucają chłopca z jednego miejsca w drugie, gdzie spotyka dziwaczne postaci, które za wszelką cenę starają mu się utrudnić dojście do celu i ucieka przed swym wujem który ma chrapkę na zawładnięcie Terytoriami. W skrócie brzmi to nawet interesująco, ale autorzy tak rozwlekają poszczególne rozdziały, że akcja ślimaczy się niemiłosiernie. Gdyby chociaż wynagrodzili to bogactwem kreacji fantastycznego świata, ale gdzie tam. Jak na dwie pisarskie głowy o nieprzeciętnej wyobraźni, stworzeniem fantastycznej krainy na wzór średniowiecznego państwa z domieszką magii raczej nie wznieśli się na szczyt swoich możliwości.
Od dawien dawna „Talizman” był na mojej liście „muszę koniecznie przeczytać”. Teraz mam wątpliwości, czy jest sens zabierać się za jego kontynuację , czyli „Czarny dom”. W ogóle zaczynam się niepokoić, ponieważ na mojej półce na swoją kolej cierpliwie czeka całe siedem tomów „Mrocznej wieży”, w której King rozwija mitologię Terytoriów, a „Talizman” zaś to kolejna po „Bezsenności” i „Sercach Atlantydów” powieść nawiązująca do tego najsłynniejszego kingowskiego cyklu i wszystkie trzy jak jeden mąż nie wzbudziły mojej sympatii. Czy danie główne okaże się lepsze od przystawek? Mam nadzieję, ale "Talizmanu" nie polecam.
King S., Straub P., Talizman, Prószyński i S-ka 2010.
***
A tak na marginesie. Zacząłem się zastanawiać przy „Talizmanie” czy jest sens brnąć w książki których czytanie idzie jak po grudzie? Czy warto ryzykować i przemęczyć się aż do finału z nadzieją, że rozwiązanie wynagrodzi nam trudy lektury? Jeśli zaś dać sobie spokój to w którym momencie sobie odpuścić? Przy pierwszych oznakach zmęczenia? Po pierwszych 50 stronach? Czy może wtedy gdy czytanie trwa dłużej niż np. miesiąc? Ciekaw jestem Waszych opinii jak sami radzicie sobie z „opornymi książkami”?

6 komentarzy :

Justyna Filomena pisze...

Ja mam zasadę następującą: Jeśli książka mnie nuży, "nie podoba mi się" i lektura idzie ciężko, to jeśli nie przedstawia większych walorów literackich (kreacji postaci, świata, sensów...) bezzwłocznie ją odkładam. Wszak "Nie ma czasu na czytanie wszystkich książek, trzeba wybierać najlepsze." Jeśli jednak odbiór nastręcza mi trudności ale obiektywnie zaliczyłabym daną pozycję do kategorii wartych przeczytania, "dobrych książek" to brnę dzielnie! :))
P.S. Dobrzaniecki bomba! ;)

kornwalia pisze...

Stosuję zasadę 50 stron, ale nie jest to jakaś ostateczna granica. Najszybciej poddałam się po 8 stronie, raz dałam szansę książce do 80 którejś stronie. Dopiero w zeszłym roku nauczyłam się nie kończyć książek, które ewidentnie mnie odrzucają. Szkoda życia, czytanie to nie obowiązek, a schowek jest pełen innych tytułów :)

Cintryjka pisze...

Mało których nie kończę, bo te, które mogę wybierać (czyli nie do recenzji), wybieram starannie i rzadko trafiają się "zgniłe jaja", a te, których nie mogę wybierać, skończyć muszę. Jednak jeśli trafi się coś słabego, sto stron jest granicą ostateczną. Szkoda oczu.

Alannada pisze...

Ja stosuję taki system - jeśli po pierwszym rozdziale (lub dwóch) książka mi się nie podoba, a nie mam na przykład opinii znajomego, że potem fabuła robi się ciekawsza, to nie czytam dalej. Pozdrawiam

Agnes pisze...

Czytaj jak lubisz. Jeśli lubisz się trochę pomęczyć, to czytaj. A jak nie, to odkładaj na bok.
Strauba nie lubię, a Kinga malutko czytałam - ale niezły z niego pisarz, nie da się ukryć :)

Odcień purpury pisze...

Kiedyś się męczyłam, ale potem zaczęłam się zastanawiać czy warto. Jest wiele innych książek które czekają na przeczytanie, więc czy jest sens męczyć się tylko dla zasady? Zawsze daje książce szansę (około 50 stron) a potem jeśli dalej będzie ciężko przerzucam się na coś innego :)