W USA Dennis Lehane to podobno pierwszorzędna gwiazda literatury spod znaku thrillera i sensacji. U nas, choć wydano większość jego powieści, nie przypominam sobie by któraś z nich okupywała listy bestsellerów. Po lekturze „Wyspy skazańców” nie mogę tego zrozumieć.
Oficer śledczy Teddy Daniels wraz ze swoim partnerem przybywa do zakładu karnego usytuowanego na położonej w Zatoce Bostońskiej wyspie Ashecliffe. Ma tam zająć się tajemniczym zniknięciem jednej z pensjonariuszek i jak to bywa w tego typu historiach śledztwo idzie jak po grudzie.
Przyznaję, że początkowo czytało mi się ciężko. Nie wiem czy to za sprawą tłumaczenia czy po prostu potrzebowałem czasu by wgryźć się w duszną, niemal klaustrofobiczną atmosferę Ashecliffe. Kiedy jednak już mi się to udało, nie mogłem się od książki oderwać. Lehane umiejętnie wodzi czytelnika za nos: podsuwa mu jedne tropy, by za chwilę poddać je w wątpliwość i zaproponować inne w zamian. Atmosferę potęguję dodatkowo miejsce akcji, bowiem Aschecliffe kryje znacznie więcej tajemnic niż typowa placówka karna. Nastrój osaczenia udziela się nie tylko głównemu bohaterowi, ale i czytelnikowi. A Teddy Daniels musi zmierzyć się nie tylko z zagrożeniem czającym się w głębi wyspy, ale i z demonami własnej przeszłości.

„Wyspa skazańców” dzisiaj bardziej znana jest po pretensjonalnym tytułem „Wyspa tajemnic”, a to za sprawą kinowej adaptacji dokonanej przez Martina Schorcese. Lepiej jednak wcześniej sięgnąć po książkę, gdyż cała jej wartość opiera się niesamowitym zakończeniu. To co w finale serwuje nam Lehane, w moim osobistym rankingu jest jednym z najlepszych zakończeń w historii gatunku. Filmu jeszcze nie widziałem. Zakładając jednak, ze wiernie trzyma się swego książkowego pierwowzoru, jego wcześniejszy seans zepsuje nam całą niespodziankę i postawi pod znakiem zapytania sens czytania powieści Lehane’a. A szkoda, bo to wyborna uczta. Polecam.
Lehane D., Wyspa Skazańców, Świat Książki 2004.