Nie łyknąłem tej książki, co mnie
w sumie zdziwiło. I to bardzo, no bo w końcu wiedziałem co biorę do ręki i
byłem święcie przekonany, że to rzecz dla mnie. W końcu te lata stanu
kawalerskiego z seansami horrorów spod dużej litery B, nie mogły chyba pójść na
marne? Może nie nazwę się już koneserem, ale gdzieś tam we mnie jeszcze tli się
sentyment do tego rodzaju rzeczy. „Bóg Horror Ojczyzna” to właśnie taki horror
klasy B, ale jego autor w ogóle mnie nie kupił swoją historią. Dlaczego? Bo w
przeciwieństwie do wszystkich hymnów pochwalnych na cześć obu zawartych w
zbiorku opowiadań, ja w ogóle nie czuje żadnego klimatu. Obie historie mogłyby
się dziać wszędzie, a mi się wmawia, ze to jakaś prawicowa karykatura naszej RP.
Niby Radecki przedstawia całe tło już na początku, ale po kilku stronach
lektury przestałem mu wierzyć, bo wszystko było takie powierzchowne. Ja wiem,
że to ma być horror klasy B, ale w porównaniu z filmem książka ma łatwiej bo
nie jest ograniczona budżetem, tylko wyobraźnią autora. No i Radecki puszcza
wodze wyobraźni, ale niestety tylko wtedy gdy przychodzi mu opisywać sceny
gore. Tutaj sobie nie folguje, więc rzeczywiście śmiem wątpić, czy ktoś
znalazłby budżet, żeby cosik tak obrzydliwego sfilmować. Szkoda tylko, że
resztę fabuły traktuje po macoszemu idąc po najmniejszej linii oporu, jakby opisywanie
wszystkiego innego poza rozprutymi flakami było dla niego smutną koniecznością.
2025: Komiksy przeczytane - kwartał pierwszy
14 godzin temu