Zafon pisze horror (i nawet mu to wychodzi :-)

  • 8

Oj, gdybym ja miał ze 20 lat mniej na karku... Lektura „Pałacu Północy” byłaby wówczas spełnieniem literackich marzeń wieku dziecięcego, bo pod etykietką powieści dla dzieci i młodzieży sprytnie kryje się rasowy horror, na którego kartach znajdziemy śmierć, klątwę, a nawet tortury. Mamy też wątek nadnaturalny: pociąg widmo z duchami pomordowanych sierot. Zafon nie oszczędza nikogo: ani bohaterów (których wplątuje w pełną niebezpieczeństw intrygę), ani czytelników (którym te kipiące grozą sytuacje przedstawia niezwykle barwnym językiem).





Brakowało mi takich tytułów za dzieciaka. Oj, przechodziłyby mi ciarki po plecach, przechodziły... Ale nie mam już 10 lat i Zafon ze swoim „Pałacem Północy” tak nie do końca do mnie trafia. Może dlatego, że nie wysilił się by utrudnić swoim bohaterom odkrycie tożsamości upiora, z którym dane było im się zmierzyć. A może za bardzo przesadził z metaforami, które moim zdaniem ocierają się o grafomanię. Albo dlatego, że zabrnął w niebezpieczne rejony opisując relacje między rodzeństwem Benem i Sheerą oraz ich ojcem. A może po prostu się czepiam i powinienem się zamknąć czerpiąc radość z niesamowitej opowieści o przyjaźni, zemście i odkupieniu. Jakiś marudny się chyba dzisiaj zrobiłem...
P.S. Ale i tak największy plus za brak happy endu. Tutaj Zafon pogrywa już sobie równo na emocjach swoich czytelników. Można uronić łezkę, albo nawet dwie...
Zafon C.R., Pałac Północy, Muza 2011.

Czeski horror

  • 5

Swoim ograniczonym umysłem postrzegałem Czechów jako kraj wesołków posługujących się najśmieszniejszym językiem świata. W reportażach Szczygła Czechom raczej nie jest do śmiechu, choć niektóre sytuacje w nich przedstawione są tak absurdalne, ze nie sposób utrzymać powagi w trakcie ich lektury.


Co ciekawe pierwsza historia przedstawiona w „Gottlandzie” nie zwiastuje tego przygnębiającego nastroju, który będzie wyzierał z kolejnych stronic. Ot, opowieść o bogatym ekscentryku z początku minionego wieku, który zrewolucjonizował przemysł obuwniczy. Napisana z humorem. Lekka, łatwa i przyjemna. Kiedy jednak zacząłem czytać o Czechosłowacji z czasów komuny dreszcz grozy przechodził przeze mnie niejednokrotnie. Spokojnie. Nie ma tu brutalnych relacji z działań czechosłowackiej bezpieki. Szczygieł to wirtuoz słowa. Nie potrzebuje tanich chwytów by zaciekawić lub zaszokować czytelników. To rzeczywistość w której przyszło żyć Czechom przyprawia o ciarki na plecach. Niby u nas było tak samo, ale jednak po lekturze Szczygła odniosłem wrażenie, że tam było chyba gorzej. Nie wiem. A może po prostu Szczygieł zagrał mi na emocjach, a że nie znam tak przejmującej książki o PRLu łatwiej mi się pochylić nad losem Czechosłowaków. Najbardziej przerażające jest to, że opisane tu są historie które przydarzyły się takim ówczesnym czeskim celebrytom. No bo skoro partia nie wahała się złamać życie ulubieńcom tłumów (olimpijczyk Emil Zatopek wylądował w kopalni uranu!), to jaki strach musieli czuć zwykli szarzy obywatele?
Książkę Szczygła trudno traktować jako dogłębne studium mentalności naszych południowych sąsiadów. Zresztą, autor w żadnym zdaniu nie rości sobie takiego prawa. Wiem jednak, że dzięki tym reportażom poznałem trochę innych Czechów: nie roześmianych amatorów kuflowego piwa, ale doświadczonych przez historię obywateli niewielkiego kraju, którzy znaleźli swój własny (jakże inny od polskiego) sposób na przetrwanie w czasach zniewolenia. Trzeba przeczytać!
Acha! Historia o imperium Batów niby jest zabawna, ale kiedy się nad tym zastanowić to wizja sukcesu czeskiego przedsiębiorcy niebezpiecznie trąci Orwellem. I znów ciarki przechodzą po plecach. Brrr...

Szczygieł S., Gottland, Wydawnictwo Czarne 2010.