
Oj, gdybym ja miał ze 20 lat mniej na karku... Lektura „Pałacu Północy” byłaby wówczas spełnieniem literackich marzeń wieku dziecięcego, bo pod etykietką powieści dla dzieci i młodzieży sprytnie kryje się rasowy horror, na którego kartach znajdziemy śmierć, klątwę, a nawet tortury. Mamy też wątek nadnaturalny: pociąg widmo z duchami pomordowanych sierot. Zafon nie oszczędza nikogo: ani bohaterów (których wplątuje w pełną niebezpieczeństw intrygę), ani czytelników (którym te kipiące grozą sytuacje przedstawia niezwykle barwnym językiem).

Brakowało mi takich tytułów za dzieciaka. Oj, przechodziłyby mi ciarki po plecach, przechodziły... Ale nie mam już 10 lat i Zafon ze swoim „Pałacem Północy” tak nie do końca do mnie trafia. Może dlatego, że nie wysilił się by utrudnić swoim bohaterom odkrycie tożsamości upiora, z którym dane było im się zmierzyć. A może za bardzo przesadził z metaforami, które moim zdaniem ocierają się o grafomanię. Albo dlatego, że zabrnął w niebezpieczne rejony opisując relacje między rodzeństwem Benem i Sheerą oraz ich ojcem. A może po prostu się czepiam i powinienem się zamknąć czerpiąc radość z niesamowitej opowieści o przyjaźni, zemście i odkupieniu. Jakiś marudny się chyba dzisiaj zrobiłem...
P.S. Ale i tak największy plus za brak happy endu. Tutaj Zafon pogrywa już sobie równo na emocjach swoich czytelników. Można uronić łezkę, albo nawet dwie...
Zafon C.R., Pałac Północy, Muza 2011.