... a w nim o kilka zdań o książce widocznej powyżej, której polski tytuł choć zupełnie inny od oryginalnego o dziwo oddaje sens powieści.
niedzielne podsumowanko #1/2015
Dochodząc do wniosku, że marnie wychodzą mi jakieś dłuższe notki postanowiłem zmienić formułę bloga. Kolejne wpisy będą miały postać tygodniowych podsumowań czytelniczych, w których krótko i zwięźle będę pisał co mi się mniej lub bardziej podobało w danej książce.
A ten tydzień zakończyłem z dwoma tytułami na koncie: jedna to pokręcona i w sumie wciągająca historia stylizowaną na XIX-wieczną powieść, druga to kocie fantasy znacznie mniej wciągające niż poprzedniczka.
7 książek, który uwiodły mnie w zeszłym roku :-)
Witam po przerwie. Długiej przerwie. Blog zarósł pokaźną pajęczyną i każdy normalny by sobie już podarował jakąkolwiek pisaninę na nim, ale jakoś cały czas mnie ciągnie w to przykurzone miejsce. Ciekaw jestem czy oprócz mnie ciągnie kogokolwiek innego, ale jeśli ktoś tu jeszcze zagląda to składam najszczersze wyrazy wdzięczności. No i szacun za cierpliwość. Chodzi mi po głowie jakaś koncepcja zmiany formuły bloga, co by zwiększyła się moja na nim aktywność, ale powoli.
Na razie postanowiłem popełnić wpis wspominkowy, na temat najlepszych przeczytanych w zeszłym roku książek. Takie małe podsumowanko, bo bardzo lubię ideę rocznych podsumowań statystycznych. Naprawdę dużo ich się naczytałem na innych blogach i stwierdziłem, że tez takie podsumowanko chcę u siebie. Zanim więc wrócę do regularnego blogowania (jak to mówią do trzech razy sztuka :-) przedstawiam kilka książek, które jak zaznaczyłem w chwytliwym tytule wpisu, uwiodły w zeszłym roku moją skromną osobę.
Gotowi? No to zapraszam!
- Etykiety: Chris Beckett , José Saramago , Matthew Kneale , Michael Crummey , Robert McLiam Wilson , Stephen King , śmigli dygli , Tan Twan Eng
Mario Vargas Llosa "Lituma w Andach"
Moje drugie spotkanie z LLosą przypomniało mi, że jednak powinienem
nadgonić braki w znajomości jego dorobku literackiego. „Lituma w Andach” to dla
mnie wzorcowy przykład na istnienie w
przyrodzie czegoś takiego jak talent literacki. Na pierwszy rzut oka ta książka
nie jest jakoś fabularnie odkrywcza. Ot, historia dwóch policjantów, z których
jeden stara się rozwiązać zagadkę znikania mieszkańców pewnej górskiej osady
Nacos, a drugi wzdycha do swej wydaje się, że na zawsze utraconej ukochanej.
Taki niby kryminał osadzony w dusznej atmosferze robotniczej mieściny na
wzgórzach Andów z obowiązkowym wątkiem miłosnym w tle. Naprawdę nic odkrywczego.
Żadnych fajerwerków i nagłych zwrotów akcji. Żadnych sztuczek podtrzymujących
napięcie. Pewnie ze 3/4 rodzimych autorów kryminałów utkałoby lepszą intrygę,
obierając ten sam punkt wyjściowy co Llosa. Nie wierzę jednak, że czytałbym coś
takiego z większym zachwytem niż „Litumę w Andach”. Dlaczego? Bo tutaj do gry
wszedł jeszcze wspomniany talent do tworzenia słowa pisanego, który sprawił, że
nie mogłem się oderwać od lektury. Teraz, kiedy po kilku tygodniach wspominam powieść
Peruwiańczyka za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć jaki był finał śledztwa kaprala Litumy, ale sugestywne
sceny partyzanckich mordów, oniryczna atmosfera z historii Dionizosa, czy też
komiczne wstawki Litumy do opowieści Tomasita każą mi zakrzyknąć: czapki z głów
Panowie i Panie, bo Llosa to stylista jakich mało!
Łukasz Radecki "Bóg Horror Ojczyzna. Złego początki"
Nie łyknąłem tej książki, co mnie
w sumie zdziwiło. I to bardzo, no bo w końcu wiedziałem co biorę do ręki i
byłem święcie przekonany, że to rzecz dla mnie. W końcu te lata stanu
kawalerskiego z seansami horrorów spod dużej litery B, nie mogły chyba pójść na
marne? Może nie nazwę się już koneserem, ale gdzieś tam we mnie jeszcze tli się
sentyment do tego rodzaju rzeczy. „Bóg Horror Ojczyzna” to właśnie taki horror
klasy B, ale jego autor w ogóle mnie nie kupił swoją historią. Dlaczego? Bo w
przeciwieństwie do wszystkich hymnów pochwalnych na cześć obu zawartych w
zbiorku opowiadań, ja w ogóle nie czuje żadnego klimatu. Obie historie mogłyby
się dziać wszędzie, a mi się wmawia, ze to jakaś prawicowa karykatura naszej RP.
Niby Radecki przedstawia całe tło już na początku, ale po kilku stronach
lektury przestałem mu wierzyć, bo wszystko było takie powierzchowne. Ja wiem,
że to ma być horror klasy B, ale w porównaniu z filmem książka ma łatwiej bo
nie jest ograniczona budżetem, tylko wyobraźnią autora. No i Radecki puszcza
wodze wyobraźni, ale niestety tylko wtedy gdy przychodzi mu opisywać sceny
gore. Tutaj sobie nie folguje, więc rzeczywiście śmiem wątpić, czy ktoś
znalazłby budżet, żeby cosik tak obrzydliwego sfilmować. Szkoda tylko, że
resztę fabuły traktuje po macoszemu idąc po najmniejszej linii oporu, jakby opisywanie
wszystkiego innego poza rozprutymi flakami było dla niego smutną koniecznością.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)




