Na
początek chciałbym, żeby było jasne: nie przeczytałem „Roku 1984”. I cieszę się
z tego, ponieważ biorąc pod uwagę jak tu i ówdzie powieść Zamiatina jest
porównywana do Orwellowego opus magnum, bałbym się, że nie doceniłbym kunsztu
rosyjskiego pisarza, że dołączyłbym do chóru malkontentów narzekających na
wtórność pomysłów. A przecież to Zamiatin był pierwszy i muszę powiedzieć, że
poczułem się jak znokautowany po lekturze jego książki. Ta powieść wgryzła mi
się w najodleglejsze zakamarki mózgownicy i gdzieś tam łaskota mnie po szarych
komórkach ciągle przypominając, że skosztowałem czegoś naprawdę dobrego.
Zamiatin
pokazuje nam świat prawie idealny, gdzie wszyscy są równi sobie. No może z
wyjątkiem „opiekunów”, którzy wydają się być bardziej uprzywilejowanie (stąd to
„prawie”), ale suma sumarum jest to świat bez wojen, przemocy i nienawiści.
Jednym słowem: bezpieczny. Trzeba tylko wyzbyć się swoich indywidualnych
pragnień na rzecz wspólnego dobra. No i jeszcze poddać się całkowitej kontroli
państwa (ach te utopie, tam zawsze musi być jakiś haczyk :-) Ale w zamian
żyjesz sobie w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa. Oczywiście przewija się tu
nieśmiertelne pytanie, czy jest w ogóle jakaś cena którą można zapłacić za
wyzbycie się swojego indywidualnego ja, prawa do własnego zdania, do własnych
przekonań? Odpowiedź wydaje się oczywista, ale Zamiatin potrafi zasiać
wątpliwości, pozostawiając nam na szczęście wolną rękę, co do wyboru jednej z
nich. Ale ciekaw jestem kto po przeczytaniu „My” bez zastanowienia stwierdzi,
że świat przedstawiony przez Zamiatina jest taki be.
Smutna
książka. I na swój sposób straszna…