Tyle mądrych rzeczy powypisywano o „Morfinie” Twardocha: o nawiązaniach, o zabawach z formą, o grach z konwencją. No wystraszyłem się kurczę, że nie dam rady ogarnąć tak ważkiego dzieła. Na szczęście powieść wciągnęła mnie niesamowicie i to pomimo irytującego głównego bohatera, który jak dla mnie sprawiał wrażenie takiego dużego i rozkapryszonego bachora. No miałem ochotę mu porządnego kopniaka załadować, żeby się ogarnął. Chociaż może lepiej nie, bo pewnie poszedłby do mamusi i nasłał na mnie niemieckich żandarmów jak zrobił to swojemu teściowi, gdy ten zabronił mu się widywać z synkiem. Ale jednak nie mogłem mu nie kibicować, gdy z uporem maniaka bronił się przed wciągnięciem w wir wojennej historii, gwiżdżąc przy tym na ułańską fantazję i drwiąc z karykaturalnego patriotyzmu. A to wszystko napisane fajnym stylem (choć niełatwym), przez co narobiłem sobie ochoty na inne rzeczy spod pióra Twardocha. Są tu rozważania o polskości, tożsamości, patriotyzmie i pewnie o paru innych rzeczach, które niejedna mądra głowa wyłapie. Kto jednak zasiądzie do lektury z nadzieję na dobrą (i niegłupią) rozrywkę, będzie się bawił przednio, choć nie zdziwię się jeśli ponarzeka na snująca się końcówkę i w sumie dość przewidywalny i banalny finał.
Pingwin. Wszystko co złe. Tom 2
13 godzin temu