7 książek, który uwiodły mnie w zeszłym roku :-)

  • 17
Witam po przerwie. Długiej przerwie. Blog zarósł pokaźną pajęczyną i każdy normalny by sobie już podarował jakąkolwiek pisaninę na nim, ale jakoś cały czas mnie ciągnie w to przykurzone miejsce. Ciekaw jestem czy oprócz mnie ciągnie kogokolwiek innego, ale jeśli ktoś tu jeszcze zagląda to składam najszczersze wyrazy wdzięczności. No i szacun za cierpliwość. Chodzi mi po głowie jakaś koncepcja zmiany formuły bloga, co by zwiększyła się moja na nim aktywność, ale powoli.

Na razie postanowiłem popełnić wpis wspominkowy, na temat najlepszych przeczytanych w zeszłym roku książek. Takie małe podsumowanko, bo bardzo lubię ideę rocznych podsumowań statystycznych. Naprawdę dużo ich się naczytałem na innych blogach i stwierdziłem, że tez takie podsumowanko chcę u siebie. Zanim więc wrócę do regularnego blogowania (jak to mówią do trzech razy sztuka :-) przedstawiam kilka książek, które jak zaznaczyłem w chwytliwym tytule wpisu, uwiodły w zeszłym roku moją skromną osobę.

 Gotowi? No to zapraszam!


Mario Vargas Llosa "Lituma w Andach"

  • 0



Moje drugie spotkanie z LLosą przypomniało mi, że jednak powinienem nadgonić braki w znajomości jego dorobku literackiego. „Lituma w Andach” to dla mnie  wzorcowy przykład na istnienie w przyrodzie czegoś takiego jak talent literacki. Na pierwszy rzut oka ta książka nie jest jakoś fabularnie odkrywcza. Ot, historia dwóch policjantów, z których jeden stara się rozwiązać zagadkę znikania mieszkańców pewnej górskiej osady Nacos, a drugi wzdycha do swej wydaje się, że na zawsze utraconej ukochanej. Taki niby kryminał osadzony w dusznej atmosferze robotniczej mieściny na wzgórzach Andów z obowiązkowym wątkiem miłosnym w tle. Naprawdę nic odkrywczego. Żadnych fajerwerków i nagłych zwrotów akcji. Żadnych sztuczek podtrzymujących napięcie. Pewnie ze 3/4 rodzimych autorów kryminałów utkałoby lepszą intrygę, obierając ten sam punkt wyjściowy co Llosa. Nie wierzę jednak, że czytałbym coś takiego z większym zachwytem niż „Litumę w Andach”. Dlaczego? Bo tutaj do gry wszedł jeszcze wspomniany talent do tworzenia słowa pisanego, który sprawił, że nie mogłem się oderwać od lektury. Teraz, kiedy po kilku tygodniach wspominam powieść Peruwiańczyka za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć  jaki był finał śledztwa kaprala Litumy, ale sugestywne sceny partyzanckich mordów, oniryczna atmosfera z historii Dionizosa, czy też komiczne wstawki Litumy do opowieści Tomasita każą mi zakrzyknąć: czapki z głów Panowie i Panie, bo Llosa to stylista jakich mało!

Łukasz Radecki "Bóg Horror Ojczyzna. Złego początki"

  • 3



Nie łyknąłem tej książki, co mnie w sumie zdziwiło. I to bardzo, no bo w końcu wiedziałem co biorę do ręki i byłem święcie przekonany, że to rzecz dla mnie. W końcu te lata stanu kawalerskiego z seansami horrorów spod dużej litery B, nie mogły chyba pójść na marne? Może nie nazwę się już koneserem, ale gdzieś tam we mnie jeszcze tli się sentyment do tego rodzaju rzeczy. „Bóg Horror Ojczyzna” to właśnie taki horror klasy B, ale jego autor w ogóle mnie nie kupił swoją historią. Dlaczego? Bo w przeciwieństwie do wszystkich hymnów pochwalnych na cześć obu zawartych w zbiorku opowiadań, ja w ogóle nie czuje żadnego klimatu. Obie historie mogłyby się dziać wszędzie, a mi się wmawia, ze to jakaś prawicowa karykatura naszej RP. Niby Radecki przedstawia całe tło już na początku, ale po kilku stronach lektury przestałem mu wierzyć, bo wszystko było takie powierzchowne. Ja wiem, że to ma być horror klasy B, ale w porównaniu z filmem książka ma łatwiej bo nie jest ograniczona budżetem, tylko wyobraźnią autora. No i Radecki puszcza wodze wyobraźni, ale niestety tylko wtedy gdy przychodzi mu opisywać sceny gore. Tutaj sobie nie folguje, więc rzeczywiście śmiem wątpić, czy ktoś znalazłby budżet, żeby cosik tak obrzydliwego sfilmować. Szkoda tylko, że resztę fabuły traktuje po macoszemu idąc po najmniejszej linii oporu, jakby opisywanie wszystkiego innego poza rozprutymi flakami było dla niego smutną koniecznością.

Wszystkiego naj na Święta!

  • 0
Jak w tytule, wszystkie naj. Zwłaszcza najlepszych książek :-)


Justyna Bargielska "Małe lisy"

  • 0


Po znakomitym początku roku w końcu wpadka. Szkoda, szkoda, szkoda, bo po przeczytaniu pierwszego zdania bardzo się nakręciłem na te książkę. Mówię sobie: z takim zdaniem to musi być przednia historia. Niestety zonk. Dla mnie „Małe lisy” to raczej zbiór bon motów - raz bardziej, raz mniej śmiesznych zdań - niż powieść sensu stricto. Przedzieranie się przez ten słowotok było dla mnie mordęgą niemiłosierną. Niby jest ten wątek o nożowniku, ale równie dobrze mogłoby go nie być. Niby są dwie bohaterki, a mogłaby właściwie być jedna. W pewnym momencie straciłem już orientację czyje wynaturzenia czytam: Magdy czy Agnieszki? Zero jakiegoś minimalnego wysiłku w rozróżnieniu obu bohaterek. Jak dla mnie sztuka dla sztuki. W starciu Bibliożerca – Wielka Ambitna Proza Problemowa: 1:0 dla rzeczonej Prozy.