Justyna Bargielska "Małe lisy"

  • 0


Po znakomitym początku roku w końcu wpadka. Szkoda, szkoda, szkoda, bo po przeczytaniu pierwszego zdania bardzo się nakręciłem na te książkę. Mówię sobie: z takim zdaniem to musi być przednia historia. Niestety zonk. Dla mnie „Małe lisy” to raczej zbiór bon motów - raz bardziej, raz mniej śmiesznych zdań - niż powieść sensu stricto. Przedzieranie się przez ten słowotok było dla mnie mordęgą niemiłosierną. Niby jest ten wątek o nożowniku, ale równie dobrze mogłoby go nie być. Niby są dwie bohaterki, a mogłaby właściwie być jedna. W pewnym momencie straciłem już orientację czyje wynaturzenia czytam: Magdy czy Agnieszki? Zero jakiegoś minimalnego wysiłku w rozróżnieniu obu bohaterek. Jak dla mnie sztuka dla sztuki. W starciu Bibliożerca – Wielka Ambitna Proza Problemowa: 1:0 dla rzeczonej Prozy.

Michael Crummey "Dostatek"

  • 1

Kolejna zarąbista książka na moim koncie. Taki realizm magiczny w nowofundlandzkich klimatach.

Jak to mawia moja sąsiadka: „Oj Panie, ale tu się dzieje”. Crummey akcję swej książki rozciąga na 200 lat i wprowadza multum wątków i postaci, bawiąc się przy tym chronologią wydarzeń. Nie jest tak skomplikowanie jak u Marqueza (gdzie trzeba było ślęczeć ze spisem wszystkich Buendiów, co by się człowiek nie pogubił w całej familii), ale dołączone drzewko genealogiczne to naprawdę przydatna rzecz. Oczywiście zapomnijmy o prawach fizyki, w końcu łatka „realizm magiczny” zobowiązuje. No i podobnie jak u Marqueza mamy silne postacie kobiece, które choć zbierają cięgi od życia (i mężczyzn), to jednak koniec końców okazują się filarami swoich rodzin. Zresztą sam Crummey nie kryje swych inspiracji kolumbijskim noblistą, otwierając „Dostatek” cytatem z Mistrza, ale w końcu jak się wzorować to na najlepszych. A „Dostatek” pokazuje, że Crummey to pojętny uczeń. No może z wyjątkiem ostatnich 100 stron, kiedy akcja niemiłosiernie przyspiesza, tak jakby Kanadyjczyk wystraszył się, że z „Dostatku” wyjdzie zbyt opasła księga. Tym samym pod koniec traci trochę ze swojego pierwotnego klimatu, a szkoda bo ja mógłbym się smakować w dziejach rodzin Devinów i Sellersów nawet i przez 1000 stron. Niemniej jednak polecam.

Władimir Sorokin "Zamieć"

  • 0

Za oknami zimy ani widu ani słychu, więc postanowiłem zafundować ją sobie książkowo. I to w najlepszym wydaniu, bo rosyjskim. No bo tak sobie myślę, że co jak co, ale jeśli Rosjanie nie będą mogli oddać zimowych klimatów to ja nie wiem kto da radę. Ale spokojnie, dają. Przynajmniej Sorokin, w którego „Zamieci”, pardon za słownictwo, piździ jak w Kieleckiem na dworcu. W tej niesprzyjającej nad wyraz aurze, niejaki doktor Garin musi dostarczyć szczepionkę do jakiejś zapomnianej przez Boga i ludzi wiochy. Wynajmuje więc poczciwego chłopinę Chrząkałę i razem wyruszają  chlebowozem w drogę.

Pierwsze oznaki, że coś jest nie tak, czyli konie wielkości kuropatw, przyjąłem ze spokojem uznając je za błąd w translacji lub niezbyt udaną metaforę autora. Ale przy kolejnych dziwnościach już wiedziałem, że to nie będzie zwykła podróż.  Zdradzać nie ma co, bo to powieść króciutka. Pięknie napisana i przetłumaczona, przez co nie mogłem się pozbyć wrażenia, że to jakaś klasyka stworzona ponad setkę lat temu. Nawet bohaterowie to takie klasyczne typy jak w lekturze szkolnej: energiczny, oświecony Garin i dla przeciwieństwa głupawy, prostoduszny Chrząkała. Jeden będzie reprezentował nowoczesność Rosji, w drugim zobrazują się jej wady. Przynajmniej tak to na starcie wygląda i tak chciałby Garin żeby wyglądało, ale w czasie podróży okaże się że sam wielki pan doktor nie jest wolny od pokus i nałogów. Wydawałoby się, że standard. Było jednak coś wciągającego w tej fantasmagorycznej i smutnej opowieści o zderzeniu człowieka  z żywiołem i własnymi słabościami. A scena z Chrząkałą przytulającym się do koników dosłownie chwyciła mnie za serce. Łezkę chyba nawet uroniłem.

Chris Beckett "Ciemny Eden"

  • 6

Polecam.

No po prostu polecam.

W żadnym wypadku nie zrażać się etykietką science-fiction. Tytułowy Eden, planeta pozbawiona słońca, to ściema. Taki zabieg, by uatrakcyjnić lekturę. Cały myk to wzajemne relacje wśród zamkniętej społeczności, która przez swój skostniały system i niemożność uwolnienia się z więzów przeszłości, wykazuje się totalną ślepotą na zmieniającą się rzeczywistość. W takiej społeczności, która tutaj de facto jest jedną wielką rodziną, nie ma miejsca na indywidualistów pokroju Johna Czerwoniucha. Konsekwencją będzie oczywiście klasyczny konflikt pokoleń. Śledząc go, stajemy się świadkami powolnego rozpadu pewnego wypracowanego na przestrzeni lat ładu i tym samym narodzin nowego początku, ale czy lepszego? 

Na fiuta Harry'ego i cycki Geli, naprawdę wciągająca historia.


Patrycja Pustkowiak "Nocne zwierzęta"

  • 3
Kurczę. Ostatnio w związku z nowym filmem Smarzowskiego wspomniałem mojej żonie, że ja osobiście to takiej prozy jak „Pod Mocnym Aniołem” nie tykałem i w życiu nie tknę. Nie dla mnie bowiem „literatura alkoholowa” i nie bawią mnie skacowani bohaterowie użalający się nad swoim losem. No, ale jak to było w tytule jednego z tych filmów o Bondzie, nigdy nie mów nigdy. Co prawda, nie przeczytałem „Pod Mocnym Aniołem”, ale podejrzewam, ze „Nocne zwierzęta” mogłyby być sprzedawane w pakiecie z książką Pilcha. I małpką w bonusie. Albo lepiej dwiema.

Trzy dni. Tyle trwa akcja tej powieści. Cały boży weekend, ale zbożnych rzeczy w niej nie uświadczyłem. Normalnie jak mawia moja sąsiadka: „Panie toż to czysta sodomia i gomoria”. Główna bohaterka, Tamara Mortus (ostatnio doszedłem do wniosku, że wymyślanie personaliów to nie jest mocna strona naszych rodzimych autorów), patentowana alkoholiczka, postanawia zaliczyć swój ostatni rajd po stolicy. Jest picie, wciąganie, picie, ostry seks i do tego ostre picie. I tak w koło Macieju, aż do finału, który de facto jest formalnością, bo już od pierwszych stron wiadomo jak to się skończy. Ale mimo tego nie mogłem się oderwać od lektury, bo Patrycja Pustkowiak ma dobrą rękę do pisania barwnych zdań i zaskakujących metafor. A przecież jakby się zastanowić, cała historia to takie pierdzielenie o niczym przez nawaloną do granic możliwości laski z Warszawki. A jednak czytało mi się z radochą. Choć to smutne było.