Każdy z nas ma czarodziejską moc, czyli "Chłopięce lata" Roberta McCammona

  • 3





Calvin i Hobbes. To chyba najlepsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy po przeczytaniu „Chłopięcych lat” Roberta McCammona. I nie chodzi mi tu o jakieś podobieństwa fabularne, bo to jednak dwie różne rzeczy są, ale mam tu na myśli hołd, jaki obaj autorzy złożyli dziecięcej wyobraźni. Ta historia dwunastolatka, rozgrywająca się w latach 60. minionego wieku w Alabamie po prostu wgniotła mnie w fotel, a następnie zmiażdżyła doszczętnie, by na sam koniec wycisnąć łzę wzruszenia. Naprawdę. To książka, która jest cierniem w oku dla wszystkich gatunkowych fundamentalistów, bo nie sposób jej w żaden sposób zaszufladkować. To książka która może nie burzy literackich schematów i nie wytycza nowych ścieżek w historii literatury, ale za to broni się piękną i wzruszającą historią. Najbardziej docenią ją Ci w których wnętrzu, pomimo lat na karku, wciąż tli się dziecięca iskierka. To oni odnajdując w sobie małego Cory’ego uronią łezkę nostalgii za swoim dzieciństwem. Tych, co tego nie potrafią po prostu nie jestem w stanie zrozumieć.


Czytać i smakować, bo to magiczna książka.


Nie wierzę w Jude'a Coyne'a, czyli "Pudełko w kształcie serca" Joe Hilla

  • 5



„Pudełko w kształcie serca” pomysłowo się zaczyna, ale im głębiej w las tym bardziej wygląda na sztampową historię o duchu. Fakt, że dobrze napisaną, ale jednak schematyczną do bólu. Szkoda tym bardziej, że zmarnowany został całkiem fajny pomysł i kilka naprawdę mocnych scen, jak ta z gościem z syntezatorem głosu zamiast krtani. Przyczepiłbym się też do głównego bohatera, który jest tak nieprzekonujący, że aż zęby bolą. Zapowiadało się, że dostaniemy ekscentrycznego rockmana na emeryturze, który użył już sobie życia na wszystkich frontach, takiego rozpuszczonego gwiazdora, który na skutek bliskiego spotkania z duchem w końcu dostanie po tyłku. Judas Coyne okazuje się być jednak typem fajnego kumpla po przejściach. Nie da się go nie lubić i już niemal od początku wiadomo, że nie jest takim gnojkiem, do czego usilnie stara się nas przekonać Hill. Szkoda, bo taki harcerzykowaty bohater to pójście po najmniejszej linii oporu, zwłaszcza kiedy okazuje się, że nawiedzający Jude’a Craddock MacDermott (nawiasem mówiąc fajne imię) niejedno ma na sumieniu. Ten prosty podział na dobrych i złych łatwo pozwala przewidzieć jak cała sprawa się potoczy. Jak dla mnie, Hill ma dobry warsztat i talent do tworzenia scen robiących wrażenie, ale według mnie utopił go w konwencjonalnej do bólu historii. Szkoda.



Pulpowo i po polsku, czyli opowiadania Łukasza Śmigla

  • 10


Gwoli ścisłości: ja raczej zwolennikiem krótkich form nie jestem. Zaczyna człowiek coś takiego, wciąga się, oswaja z bohaterami, napala na wciągającą historię i co? I już koniec. Albo gorzej: zaczyna człowiek czytać i nawet nie zdąży się wkręcić, a tu po wszystkim. Ja tam raczej grube tomiszcza wolę. Wszystko co kończy się ledwie po kilkudziesięciu stronach wzbudza we mnie podejrzenia. Jak dla mnie opowiadania to strata czasu.





Ale, ale… Tak to ja myślałem kiedyś. Teraz biję się w pierś. Ba, nie tylko w pierś się biję, ale i pochylam mą głowę gotów posypać ją popiołem, bo zmieniłem zdanie i wszystko co napisałem przed chwilą odtąd należy czytać używając czasu przeszłego. Połknąłem bowiem ostatnio „Morderców” autorstwa Łukasza Śmigla i tak mi się spodobało, że wziąłem się jeszcze za jego „Demony” i również byłem ukontentowany. Głównie to takie makabryczne historyjki z mniej lub bardziej zaskakującym finałem. Swą formułą przypomniały mi oglądane niegdyś „Opowieści z Krypty”, tylko Strażnika Krypty tu się nie uświadczy. No dobra, może to trochę za daleko idące skojarzenie, ale ja naprawdę zasiadałem do kolejnego opowiadania z taką samą ciekawością jak niegdyś do epizodów tej kultowej serii. Tylko powiedzmy sobie szczerze: „Opowieści z Krypty” to jednak taki lajcik dla trochę starszej dziatwy. W „Mordercach” i „Demonach” raczej trzeba się przygotować na ostrą jazdę bez trzymanki w klimatach gore, niejednokrotnie doprawioną czarnym humorem. Gdyby u nas wydawano pulpowe magazyny Śmigiel odnalazłby się w nich jak ryba w wodzie. Mamy tu: duchy, zombiaki, seryjnych morderców i nawet pokręconego Świętego Mikołaja. Widać, ze autor czerpie garściami z tego co już było, ale to nie grzech jeśli umie się przebierać w popkulturowym garnku, a Śmigiel potrafi jak mało kto. Dzięki temu wyszły mu naprawdę fajne krótkie czytadła, może niekoniecznie zostające w pamięci, ale to nawet lepiej, bo pewnie do nich jeszcze wrócę.


PS. Moje hity to „Śmierć za trzy” i „Nigdy więcej”. Naprawdę szczęka opada. Musiałem odłożyć książkę na chwilę, żeby pozbierać zęby.

PS2. W „Demonach” brakowało mi tego odautorskiego komentarza do wszystkich opowiadań jaki był obecny w „Mordercach”. Mała rzecz, a cieszy.

PS3. Łukasz Śmigiel chyba naprawdę zaraził mnie pasją czytania opowiadań. Nie wiem jak to się stało, ale spodobało mi się rzucone we wstępniaku do „Morderców” hasło „jedno opowiadanie dziennie codziennie”. No może tak hardcorowo to nie dam rady, ale dwa lub trzy na tydzień to czemu nie. Na półce czekają zbiory Kinga i Mastertona, a co tu mówić o mistrzach jak Bradbury, Borges, Gogol, czy Kafka. Naprawdę dużo do nadrobienia.


Co byś zrobił gdybyś mógł zmienić przeszłość, czyli "Dallas 63" Kinga

  • 7

Lekturę „Dallas ‘63” już dawno mam za sobą, ale muszę powiedzieć, że trochę mi tęskno. Może nie do samego Dallas, ale do tych małych mieścin, które z takim nabożnym uczuciem opisał King. Mimo, że nie unika wytykania wad i niedostatków tamtych czasów, to nie da się ukryć, że z kart książki wyziera ogromny sentyment autora do przełomu lat 50 i 60, kiedy „wszystko smakowało lepiej”. Ale czemu się dziwić? W końcu to czasy w których King spędził swoje dzieciństwo, a te jak wiem raczej zawsze zapamiętujemy w jasnych kolorach. W sumie całą tę ponad 900-stronicową cegłę można byłoby scharakteryzować w jednym pytaniu: co byś zrobił, gdybyś mógł zmienić przeszłość? I choć wokół usilnych prób zmiany owej przeszłości utkana jest cała fabuła, to dla mnie koniec końców ta książka okazała się właśnie hołdem złożonym tamtym czasom i przede wszystkim opowieścią o miłości. Okej, jest to może opowieść prosta do bólu i nieco trącąca sztampowością, ale bez wątpienia chwytającą za serce, do czego pewnie przyczynia się gawędziarski styl Kinga. I tak w ogóle „Dallas ‘63” mogłoby być znacznie krótsze, niektóre wątki nie mają znaczenia dla całej fabuły, inne są nad wyraz przeciągnięte, a niektóre wskutek podróży w czasie po prostu się powtarzają. Jednak czy gdyby ich zabrakło, to poczułbym ten niesamowity klimat, który sprawił, że z żalem kończyłem całą książkę?

King S., Dallas 63, Prószyński i S-ka 2011.

Sfrustrowany prokurator i nawiedzony blok, czyli "Uwikłanie" i "Domofon" Miłoszewskiego

  • 7
Znowu się opuściłem w blogowaniu. Na szczęście mimo absencji wciąż czytam. Ostatnio na przykład połknąłem dwie powieści Miłoszewskiego. Miał być w Bydgoszczy, więc na spotkanie autorskie chciałem się wybrać przygotowany merytorycznie :-), a ponadto „Domofon” i „Uwikłanie” już jakiś czas kurzyły się na mojej półce. Ze spotkania wyszły nici, ale lektury obu powieści nie żałuję bo okazały się solidnymi czytadłami. Choć „Uwikłanie” podobało mi się bardziej niż „Domofon”.




Horror o nawiedzonym bloku na warszawskim Bródnie miał co prawda swój klimat, ale został on kompletnie roztrwoniony przez kiepskie zakończenie. No i niestety wcześniej czytałem „Instytut” Żulczyka, który chyba lepiej poradził sobie z przedstawieniem paranoi dosięgającej ludzi wspólnie uwięzionych w odizolowanym pomieszczeniu. Trzeba jednak oddać Miłoszewskiemu, że „Domofon” był pierwszy i bardziej spełnia kryteria horroru.

Natomiast „Uwikłanie” to już rasowy kryminał, w którym śledztwo spoczywa nie na barkach detektywa czy policjanta, ale zawalonego papierkową robotą prokuratora, bo tak to u nas w Polsce ponoć bywa naprawdę. W ogóle autor wielokrotnie w wywiadach zarzekał się, że przykłada wielką wagę do researchu, tak by całe powieściowe tło jak najbardziej stwarzało pozory rzeczywistego. Rzecz godna pochwalenia, ale nie należę do czytelników którzy dostają orgazmu, gdy autor z pieczołowitością godną zegarmistrza opisuje ulicę z dokładnością co do ostatniej kostki brukowej. Co innego stworzenie fajnego bohatera, a takim jest prokurator Szacki. No może „fajny” to niezbyt adekwatne określenie dla zmęczonego życiem frustrata, być może narcyza, a na pewno mającego wieczne pretensje do świata malkontenta. Nie wiem dlaczego, ale jednak mu kibicowałem. Może dlatego, że mówiąc górnolotnie w każdym z nas jest trochę Szackiego :-) . Jeśli chodzi o fabułę to muszę się przyznać, że nawet dałem się zwieść autorowi, bo sądziłem, że rozwiązanie całkowicie pójdzie w stronę jakichś prawicowych teorii spiskowych, a okazało się bardziej kameralne. Tak trochę nawet w stylu Agaty Christie. Tylko nie wiem po jakiego grzyba został tam wrzucony ten wątek romansowy. W ogóle mi tu nie pasował do postaci Szackiego. Mimo to było na tyle dobrze, ze czekam na ciąg dalszy.