Wesołych Świąt

  • 5

Hohoho! Wesołych Świąt i tony książek pod choinkę... i jeszcze więcej czasu na ich przeczytanie :-)


Tradycyjnie zapraszam też na mojego drugiego bloga, gdzie więcej takich i podobnych rysunków :-)

Różnej maści dewiacje, czyli "Udław się" Chucka Palahniuka

  • 2



To nie jest moje pierwsze spotkanie z Palahniukiem. Zaliczyłem już kiedyś „Fight Club” i „Rozbitka”, tak więc lektura „Udław się” nie była dla mnie jakimś wielkim szokiem. Trzeba jednak oddać autorowi, że zrobił wszystko by wystawić na próbę moje poczucie dobrego smaku.

Nie jest to jednak trudne, jeśli głównym bohaterem zrobi się seksoholika, który na dodatek obraca się w kręgu jemu podobnych i na każdym kroku daje upust swojemu nałogowi. Poza tym Victor Mancini z lubością oddaje się regularnemu dławieniu w ekskluzywnych restauracjach, żerując tym samym na ludzkiej litości (i szczodrości). Na dokładkę dodajmy galerię mniej lub bardziej skrzywionych mentalnie postaci drugoplanowych i wszystko razem umieśćmy w sytuacjach tak absurdalnych (a niekiedy odpychających), że nie pozostaje nam nic innego jak zapytać „co ten gość brał, kiedy to pisał?”.


 
Dla mnie lektura książki Palahniuka to była czysta (chora?) przyjemność. Pewnie dlatego, że dosadny (czy wręcz wulgarny) język podlany został solidną dawką humoru, głównie w postaci sarkastycznego bohatera, dla którego drwina jest chyba jedynym sposobem na przeżycie w tym „palahniukowym” świecie. Ale czy ten świat, w którym wyznacznikiem ludzkiej egzystencji staje się nieustanny pęd do zaspokajania swych hedonistycznych  zachcianek, nie jest trochę podobny do naszego?

Jest jednak jedno „ale”, które trochę burzyło mi mój rubaszny nastrój podczas czytania. Może przesadzam, ale czy matka anarchistka tylko mi przypominała po trosze Tylera Durdena z „Podziemnego Kręgu”? A jeszcze te spotkania dla uzależnionych, zestaw „praktycznych porad”*, konsumpcyjnie rozpasane społeczeństwo... Czy aby Palahniuk się nie powtarza?

* W sumie to te „praktyczne porady” to taki znak rozpoznawczy Palahniuka i bez nich jednak nie wyobrażam sobie jego następnej książki :-)


Palahniuk Ch., Udław się, Niebieska Studnia 2007.



Rybka jest dobra na wszystko, czyli "Śmierć pięknych saren"

  • 4




Niech nie zwiedzie was tytuł tej książki. To nie o sarny wcale tu chodzi, lecz o ryby. O tak. Ryb jest tu dużo: szczupaki, leszcze, węgorze... Po porostu orgazm dla każdego zapalonego rybaka. Mnie łowienie raczej nie kręci, ale zbiór opowiadań Oty Pavla przeczytałem nawet z przyjemnością, a zwłaszcza jego pierwszą część. Te krótkie historyjki z życia Leona Poppera widziane oczyma jego syna, zauroczyły mnie swoją lekkością, ciepłem i optymizmem. Jeśliby użyć wielkich słów to powiedziałbym, że stanowią one hołd dla niełatwej jednak sztuki cieszenia się życiem. Dla mnie te opowiadania pokazują, ze w życiu po prostu chodzi o to, by odnaleźć swój własny sposób na ucieczkę od trudów dnia codziennego. Dla Leona (a później jego syna) są to właśnie owe ryby. Szkoda, że druga część zbioru już tak nie wciąga, co trochę popsuło mi ocenę całości. No chyba, że ktoś naprawdę jest zatwardziałym miłośnikiem moczenia kija w wodzie to wtedy może dać  z czystym sumieniem szóstkę. Pozostali jednak trochę mniej...

Pavel O., Śmierć pięknych saren, Agora 2011.

Biała Wiedźma

  • 2


Pierwsze co przyszło mi na myśl po przeczytaniu „Białej Wiedźmy” to: „O rany, ale tu są drętwe dialogi!”. Wiem, że na papierze naprawdę trudno oddać wrażenie rzeczywistej rozmowy, ale tutaj teksty brzmią jak z jakiejś telenoweli. Rzecz dla mnie to dziwna, bowiem ogólnie widać ze Zalewski ma dryg do pisania. Książkę czytało mi się nieźle, autor mimo natłoku wątków i licznych opisów nie przynudzał, ale na dialogach jednak moim zdaniem poległ całkowicie. Choć w sumie podobno jest to jeden z trudniejszych elementów sztuki pisarskiej, z którym problemy mają nawet starzy wyjadacze, a "Białą Wiedźmą" autor rodem z Kwidzynia dopiero debiutował na rynku wydawniczym.

Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która mi nie do końca pasowała, a mianowicie dziwaczna konstrukcja powieści. Najpierw przez 2/3 książki autor serwuje nam thriller, by zamykając wszystkie wątki przejść do części ostatniej, która okazuje się być rasowym horrorem. Niby ci sami bohaterowie, to samo miejsce akcji, ale równie dobrze mogłaby to byc odrębna nowela. Według blurpa wydawca chce widzieć w autorze takiego rodzimego Kinga i były fragmenty "Białej Wiedźmy" które trochę mi książki mistrza przypominały. Kilka razy Zalewskiemu udało się zbudować klimatyczne sceny (ja zapamiętałem zwłaszcza dwie). Ale to nagłe rozdzielenie powieści na dwie nierówne historie trochę zepsuło odbiór całości. Brakowało mi połączenia obu kluczowych wątków: ducha Białej Wiedźmy (choć pojawia się tu i tam to na jej coming out musimy czekać gdzieś przez 500 stron, a przypominam, że jest to postać tytułowa) i seryjnego mordercy, grasującego na Bogu Ducha winnych obywateli stanu Maine (znowu King, hehe :-). Tym samym dostałem dobrą historię, której najbliżej według mnie do thrillera i kiepściutki horror na koniec, co z całości czyni przeciętne czytadło.

Trochę ponarzekałem, ale pewnie kiedyś jeszcze się skuszę na coś pióra Zalewskiego, bo mimo wszystko "Białą Wiedźmę" przeczytałem bez większego bólu i kilka razy mnie nawet wciągnęła.

Zalewski A., Biała Wiedźma, Red Horse 2008.

Bóg zapłać

  • 4


Kurczę. Chciałbym powiedzieć o tej książce, że mi się podobała, ale reportaży Tochmana nie da się ocenić za pomocą przyziemnych kryteriów w stylu facebookowego „Lubię to”. Na dobrą sprawę w ogóle nie powinienem się zachwycać nad tą książką. Zachwyt ma bowiem w swoim znaczeniu jakiś pozytywny oddźwięk, obiecuje pewien rodzaj przyjemności, a mnie po lekturze raczej przyjemnie nie było. Gros przedstawionych historii dotyczy przede wszystkim cierpienia, bólu, zakłamania i ludzkiej zawiści. Jeśli Tochman chciał mną poruszyć to niewątpliwie mu się udało. Do diabła! Właściwie to powinno mu się zabronić pisania, bo nie jest czymś normalnym, żeby słowem pisanym wywoływać złość w czytelniku, żeby z taką łatwością zasiewać niepokój w jego duszy i burzyć spokój jego sumienia. A w tych historiach tkwi właśnie taka siła.

To nie jest tak, że wszystkie reportaże są przytłaczające. Tych opowieści, które mogłyby nieść pocieszenie i nadzieję jest jednak tak mało, jakby autor chciał jeszcze bardziej podkreślić, ze otaczają nas głównie ból i cierpienie. Tym samym „Bóg zapłać” nie jest lekturą na zaśnięcie, ani do śniadania czy zabicia czasu w autobusie. Dla mnie jest książką, która już zawsze przypominać mi będzie o tym, że życie nie jest różowe...

Tochman W., Bóg zapłać, Wydawnictwo Czarne 2010.