Bóg zapłać

  • 4


Kurczę. Chciałbym powiedzieć o tej książce, że mi się podobała, ale reportaży Tochmana nie da się ocenić za pomocą przyziemnych kryteriów w stylu facebookowego „Lubię to”. Na dobrą sprawę w ogóle nie powinienem się zachwycać nad tą książką. Zachwyt ma bowiem w swoim znaczeniu jakiś pozytywny oddźwięk, obiecuje pewien rodzaj przyjemności, a mnie po lekturze raczej przyjemnie nie było. Gros przedstawionych historii dotyczy przede wszystkim cierpienia, bólu, zakłamania i ludzkiej zawiści. Jeśli Tochman chciał mną poruszyć to niewątpliwie mu się udało. Do diabła! Właściwie to powinno mu się zabronić pisania, bo nie jest czymś normalnym, żeby słowem pisanym wywoływać złość w czytelniku, żeby z taką łatwością zasiewać niepokój w jego duszy i burzyć spokój jego sumienia. A w tych historiach tkwi właśnie taka siła.

To nie jest tak, że wszystkie reportaże są przytłaczające. Tych opowieści, które mogłyby nieść pocieszenie i nadzieję jest jednak tak mało, jakby autor chciał jeszcze bardziej podkreślić, ze otaczają nas głównie ból i cierpienie. Tym samym „Bóg zapłać” nie jest lekturą na zaśnięcie, ani do śniadania czy zabicia czasu w autobusie. Dla mnie jest książką, która już zawsze przypominać mi będzie o tym, że życie nie jest różowe...

Tochman W., Bóg zapłać, Wydawnictwo Czarne 2010.

Nie ma mocnych na pannę (starą) bez duszy

  • 5



A tutaj niespodzianka. Całkiem przyjemne czytadło o wampirach, wilkołakach i jednej takiej starej pannie, której zadziorny temperament niezbyt ułatwia zamążpójście. Rzecz zaś ma miejsce w wiktoriańskiej Anglii, a więc staropanieństwo Alexii Tarabotti nie przysparza jej dumy wśród angielskiej socjety. A gdyby jeszcze wiedzieli o tym, że nie ma duszy... O tym jednak nikt nie ma zielonego pojęcia, no może poza wspomnianymi na samym początku wilkołakami i krwiopijcami. Im jednak również jest to nie w smak, gdyż owa przypadłość panny Tarabotti ma na nich bardzo negatywny wpływ.


źródło:
http://astres.livejournal.com/

Podobało mi się jak Gail Carriger połączyła w „Bezdusznej” wiktoriańskie klimaty z wątkiem paranormal. Większość humorystycznych sytuacji wygrywanych jest tutaj na nucie sztywnej etykiety brytyjskiej, której co by nie było podporządkować się muszą również rzeczone wilkołaki, wampiry i cała reszta występujących w powieści istot nadnaturalnych. Pojawiający się w książce watek miłosny to samograj, bo panna Tarabotti i lord Maccon tak bardzo za sobą nie przepadają, że w końcu muszą wpaść sobie w objęcia. Wszystko to już kiedyś/ gdzieś było, ale w „Bezdusznej” wciąż bawi. Intryga w którą wplątuje się Alexia też do wyszukanych nie należy, a raczej jest okazją do słownych pojedynków między panną Tarabotti a lordem. Całość jednak w niezrozumiały dla mnie sposób tak ładnie współgrała, że nie mogłem się oderwać od lektury. Naprawdę fajne czytadełko.

Carriger G., Bezduszna, Prószyński i S-ka 2011.

Metafizyczny thriller (no, tak nie do końca)

  • 0


Niesamowite jak okładka może wpłynąć na odbiór książki. Kiedy w moje ręce wpadł „Dimiter” spodziewałem się jakiegoś horroru, takiego w klimatach religijnych (czy wręcz satanicznych). No bo przecież to Blatty, autor „Egzorcysty”, którego co prawda jeszcze nie czytałem, ale jego ekranizacja wśród miłośników horroru (czyli nie wytykając palcami również wśród piszącego te słowa) ma status obrazu wręcz legendarnego. No i ta okładka, z której wręcz wyziera czyste szaleństwo, w które mógł popaść tylko bohater jakiejś pulpowej opowiastki grozy.

A jednak nie. „Dimiter” z horrorem raczej niewiele ma wspólnego, bo choć się na takowy zapowiada, a głównego bohatera można podejrzewać o jakieś piekielne proweniencje, to w finale książka okazuje się (uwaga!) historią szpiegowską z niespełnioną miłością w tle. Z tego co można znaleźć w sieci wynika, że Blatty lubi nazywać swoją powieść czymś w rodzaju „thrillera duchowego”, gdzie nad czynami bohaterów powiewa cień metafizyki i mistycyzmu. I widać, że nie idzie „cobenowskim” tropem, gdzie akcja pruje do przodu na łeb i szyję pozostawiając wiarygodność psychologiczną bohaterów daleko w tyle. Jego ambicje wykraczają ponad zwykłe umilenie czasu czytelnikowi. Nad mordobicie i strzelanie ważniejsza ma być zdolność człowieka do głębokiej duchowej przemiany i umiejętność przebaczenia. Literacko na pewno wykracza to poza standardową powieść sensacyjną. Bohaterowie nie są płascy jak deski, nie brak tu wyszukanych opisów i złożonych metafor. Ale na końcu jednak czułem niedosyt, bo to jednak „zwykła” historia sensacyjno-szpiegowska. Owa atmosfera mistycyzmu i sugerowany wątek nadprzyrodzony gdzieś się po drodze autorowi pogubiły, a szkoda bo stanowiły obietnicę atrakcyjnej lektury. Jednak chyba nie wyszło...
Blatty W.P., Dimiter, Wydawnictwo "Książnica" 2011.

Żydowskość w sosie popkulturalnym

  • 3


Zabierałem się do tej pokaźnej cegły jaką bez wątpienia są „Wieczory kaluki” z ogromnym entuzjazmem. Nic wcześniej nie czytałem spod pióra pana Jacobsona, ale wieść o przyznanym mu w minionym roku Bookerze to dla mnie wystarczający powód by wpisać jego książki na nigdy niekończącą się listę „trzeba przeczytać”. Pewnie na wydanie nagrodzonej „The Finkler Question” jeszcze sobie poczekam, więc postanowiłem zadowolić się „Wieczorami Kaluki”, które notabene również swego czasu do Bookera zostały nominowane.
Przeczytane gdzieniegdzie opinie o książce zarysowały w mojej głowie obraz pasjonującej powieści o żydowskiej tożsamości, przesiąkniętej cynicznym i absurdalnym humorem, ale nie unikającym trudnych pytań i diagnoz. I rzeczywiście: główny bohater Max Glickman jest cyniczny do bólu, a jego cięte uwagi nie jeden raz wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Ojciec starał się wychować go z dala od całej tej spuścizny jaką niesie ze sobą owo „bycie Żydem”, uważając ją za swoistą kulę u nogi, która nie pozwala iść do przodu. Czy bycie Żydem oznacza cierpienie? To pytanie przewija się przez całą powieść, a Max próbuje znaleźć na nie odpowiedź w rozmowach ze swoim kolegą, który wzorem nazistowskich oprawców zagazował swoich rodziców – ortodoksyjnych Żydów.




Im bliżej końca lektury, tym bardziej byłem w stanie się podpisać pod okładkową notą, że to najbardziej żydowska powieść jaką napisano. W takim razie jeśli „Wieczory kaluki” mają być wyznacznikiem żydowskiej powieści to ja podziękuję. To wszystko było zbyt monotonne. Ironiczny styl którym tak się na początku zachwycałem, z każdą kolejną stroną coraz bardziej mnie nużył. Absurdalne sytuacje jakie serwował Jacobson szybko przestały mnie pociągać. Ciekawe jak przyjmują tę powieść Żydzi, bo mnie „Wieczory kaluki” raczej zmęczyły i wzorem ojca Maxa ja również zacząłem uważać, że chyba byłoby warto pozbyć się tego „balastu" jakim jest żydowskość i po prostu żyć dalej.

Jacobson H., Wieczory kaluki, Wydawnictwo Cyklady 2008.

Zafon pisze horror (i nawet mu to wychodzi :-)

  • 9

Oj, gdybym ja miał ze 20 lat mniej na karku... Lektura „Pałacu Północy” byłaby wówczas spełnieniem literackich marzeń wieku dziecięcego, bo pod etykietką powieści dla dzieci i młodzieży sprytnie kryje się rasowy horror, na którego kartach znajdziemy śmierć, klątwę, a nawet tortury. Mamy też wątek nadnaturalny: pociąg widmo z duchami pomordowanych sierot. Zafon nie oszczędza nikogo: ani bohaterów (których wplątuje w pełną niebezpieczeństw intrygę), ani czytelników (którym te kipiące grozą sytuacje przedstawia niezwykle barwnym językiem).





Brakowało mi takich tytułów za dzieciaka. Oj, przechodziłyby mi ciarki po plecach, przechodziły... Ale nie mam już 10 lat i Zafon ze swoim „Pałacem Północy” tak nie do końca do mnie trafia. Może dlatego, że nie wysilił się by utrudnić swoim bohaterom odkrycie tożsamości upiora, z którym dane było im się zmierzyć. A może za bardzo przesadził z metaforami, które moim zdaniem ocierają się o grafomanię. Albo dlatego, że zabrnął w niebezpieczne rejony opisując relacje między rodzeństwem Benem i Sheerą oraz ich ojcem. A może po prostu się czepiam i powinienem się zamknąć czerpiąc radość z niesamowitej opowieści o przyjaźni, zemście i odkupieniu. Jakiś marudny się chyba dzisiaj zrobiłem...
P.S. Ale i tak największy plus za brak happy endu. Tutaj Zafon pogrywa już sobie równo na emocjach swoich czytelników. Można uronić łezkę, albo nawet dwie...
Zafon C.R., Pałac Północy, Muza 2011.