Żydowskość w sosie popkulturalnym

  • 3


Zabierałem się do tej pokaźnej cegły jaką bez wątpienia są „Wieczory kaluki” z ogromnym entuzjazmem. Nic wcześniej nie czytałem spod pióra pana Jacobsona, ale wieść o przyznanym mu w minionym roku Bookerze to dla mnie wystarczający powód by wpisać jego książki na nigdy niekończącą się listę „trzeba przeczytać”. Pewnie na wydanie nagrodzonej „The Finkler Question” jeszcze sobie poczekam, więc postanowiłem zadowolić się „Wieczorami Kaluki”, które notabene również swego czasu do Bookera zostały nominowane.
Przeczytane gdzieniegdzie opinie o książce zarysowały w mojej głowie obraz pasjonującej powieści o żydowskiej tożsamości, przesiąkniętej cynicznym i absurdalnym humorem, ale nie unikającym trudnych pytań i diagnoz. I rzeczywiście: główny bohater Max Glickman jest cyniczny do bólu, a jego cięte uwagi nie jeden raz wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Ojciec starał się wychować go z dala od całej tej spuścizny jaką niesie ze sobą owo „bycie Żydem”, uważając ją za swoistą kulę u nogi, która nie pozwala iść do przodu. Czy bycie Żydem oznacza cierpienie? To pytanie przewija się przez całą powieść, a Max próbuje znaleźć na nie odpowiedź w rozmowach ze swoim kolegą, który wzorem nazistowskich oprawców zagazował swoich rodziców – ortodoksyjnych Żydów.




Im bliżej końca lektury, tym bardziej byłem w stanie się podpisać pod okładkową notą, że to najbardziej żydowska powieść jaką napisano. W takim razie jeśli „Wieczory kaluki” mają być wyznacznikiem żydowskiej powieści to ja podziękuję. To wszystko było zbyt monotonne. Ironiczny styl którym tak się na początku zachwycałem, z każdą kolejną stroną coraz bardziej mnie nużył. Absurdalne sytuacje jakie serwował Jacobson szybko przestały mnie pociągać. Ciekawe jak przyjmują tę powieść Żydzi, bo mnie „Wieczory kaluki” raczej zmęczyły i wzorem ojca Maxa ja również zacząłem uważać, że chyba byłoby warto pozbyć się tego „balastu" jakim jest żydowskość i po prostu żyć dalej.

Jacobson H., Wieczory kaluki, Wydawnictwo Cyklady 2008.

Zafon pisze horror (i nawet mu to wychodzi :-)

  • 9

Oj, gdybym ja miał ze 20 lat mniej na karku... Lektura „Pałacu Północy” byłaby wówczas spełnieniem literackich marzeń wieku dziecięcego, bo pod etykietką powieści dla dzieci i młodzieży sprytnie kryje się rasowy horror, na którego kartach znajdziemy śmierć, klątwę, a nawet tortury. Mamy też wątek nadnaturalny: pociąg widmo z duchami pomordowanych sierot. Zafon nie oszczędza nikogo: ani bohaterów (których wplątuje w pełną niebezpieczeństw intrygę), ani czytelników (którym te kipiące grozą sytuacje przedstawia niezwykle barwnym językiem).





Brakowało mi takich tytułów za dzieciaka. Oj, przechodziłyby mi ciarki po plecach, przechodziły... Ale nie mam już 10 lat i Zafon ze swoim „Pałacem Północy” tak nie do końca do mnie trafia. Może dlatego, że nie wysilił się by utrudnić swoim bohaterom odkrycie tożsamości upiora, z którym dane było im się zmierzyć. A może za bardzo przesadził z metaforami, które moim zdaniem ocierają się o grafomanię. Albo dlatego, że zabrnął w niebezpieczne rejony opisując relacje między rodzeństwem Benem i Sheerą oraz ich ojcem. A może po prostu się czepiam i powinienem się zamknąć czerpiąc radość z niesamowitej opowieści o przyjaźni, zemście i odkupieniu. Jakiś marudny się chyba dzisiaj zrobiłem...
P.S. Ale i tak największy plus za brak happy endu. Tutaj Zafon pogrywa już sobie równo na emocjach swoich czytelników. Można uronić łezkę, albo nawet dwie...
Zafon C.R., Pałac Północy, Muza 2011.

Czeski horror

  • 5

Swoim ograniczonym umysłem postrzegałem Czechów jako kraj wesołków posługujących się najśmieszniejszym językiem świata. W reportażach Szczygła Czechom raczej nie jest do śmiechu, choć niektóre sytuacje w nich przedstawione są tak absurdalne, ze nie sposób utrzymać powagi w trakcie ich lektury.


Co ciekawe pierwsza historia przedstawiona w „Gottlandzie” nie zwiastuje tego przygnębiającego nastroju, który będzie wyzierał z kolejnych stronic. Ot, opowieść o bogatym ekscentryku z początku minionego wieku, który zrewolucjonizował przemysł obuwniczy. Napisana z humorem. Lekka, łatwa i przyjemna. Kiedy jednak zacząłem czytać o Czechosłowacji z czasów komuny dreszcz grozy przechodził przeze mnie niejednokrotnie. Spokojnie. Nie ma tu brutalnych relacji z działań czechosłowackiej bezpieki. Szczygieł to wirtuoz słowa. Nie potrzebuje tanich chwytów by zaciekawić lub zaszokować czytelników. To rzeczywistość w której przyszło żyć Czechom przyprawia o ciarki na plecach. Niby u nas było tak samo, ale jednak po lekturze Szczygła odniosłem wrażenie, że tam było chyba gorzej. Nie wiem. A może po prostu Szczygieł zagrał mi na emocjach, a że nie znam tak przejmującej książki o PRLu łatwiej mi się pochylić nad losem Czechosłowaków. Najbardziej przerażające jest to, że opisane tu są historie które przydarzyły się takim ówczesnym czeskim celebrytom. No bo skoro partia nie wahała się złamać życie ulubieńcom tłumów (olimpijczyk Emil Zatopek wylądował w kopalni uranu!), to jaki strach musieli czuć zwykli szarzy obywatele?
Książkę Szczygła trudno traktować jako dogłębne studium mentalności naszych południowych sąsiadów. Zresztą, autor w żadnym zdaniu nie rości sobie takiego prawa. Wiem jednak, że dzięki tym reportażom poznałem trochę innych Czechów: nie roześmianych amatorów kuflowego piwa, ale doświadczonych przez historię obywateli niewielkiego kraju, którzy znaleźli swój własny (jakże inny od polskiego) sposób na przetrwanie w czasach zniewolenia. Trzeba przeczytać!
Acha! Historia o imperium Batów niby jest zabawna, ale kiedy się nad tym zastanowić to wizja sukcesu czeskiego przedsiębiorcy niebezpiecznie trąci Orwellem. I znów ciarki przechodzą po plecach. Brrr...

Szczygieł S., Gottland, Wydawnictwo Czarne 2010.

#12 Niewiarygodne ilustracje Bohdana Butenki

  • 4

Jako domorosły rysownik szczególną atencją darzę książki po brzegi wypełnione ilustracjami. Zazdrość mnie bierze, kiedy widzę jak pomysłowo potrafią zilustrować dowolną historię mistrzowie tego fachu. W ostatnim „Dużym Formacie” przeprowadzono wywiad z naszym rodzimym mistrzem Bohdanem Butenko, co i mnie skłoniło do napisania krótkiej okolicznościowej notki tym bardziej, że twórca Gapiszona, Gucia i Cezara obchodził nie tak dawno temu swoje 80 urodziny.


Tak w ogóle to niniejszy tekst chciałem rozpocząć tezą, że twórczość Butenki przeżywa swoisty renesans. Po liczbie tytułów zilustrowanych jego ręką jakie rzuciły mi się ostatnio w oczy do takiego wniosku właśnie doszedłem. Szybka internetowa kwerenda uświadomiła mnie jednak, że Butenko ilustruje niemal bez przerwy. Na palcach jednej ręki można policzyć roczniki w czasie których nie ukazała się choć jedna nowa książka, której szata graficzna nie byłaby sygnowana nazwiskiem ilustratora. A karierę zaczął już w roku 1955!!! Pracował nad tak kultowymi tytułami jak „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” Niziurskiego, czy „Wakacje z Duchami” Bahdaja. Swoją kreską ożywiał wiersze takich tuzów poezji dziecięcej jak Chotomska, Brzechwa czy Tuwim. Jak dowiedziałem się z wywiadu maczał palce również w animacji, a tworzony przez niego serial „Gucio i Cezar” animowany był na żywo! W czasie kiedy za wielką wodą studio Walta Disneya wyznaczało standardy nowoczesnej animacji, Butenko zmuszony był robić wszystko metodą chałupniczą. PRL nie rozpieszczało również animatorów.


Kiedy spojrzeć na kreskę Butenki, wpierw może śmieszyć jej prostota. Pamiętam, że ja sam będąc w dzieciństwie zachłyśnięty amerykańską ilustracją komiksową , spoglądałem na jego rysunki z pewnym zażenowaniem. Dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu jak nowatorskie było jego podejście do ilustracji, jak umiejętnie wkomponowywał rysunki w opowiadaną historię, jak nie bał się eksperymentować z formą.

Ostatnio nawet zauroczony jego ilustracjami zakupiłem „35 maja” Ericha Kastnera, choć przecież na swojej półce posiadam już jedno wydanie tej zabawnej powieści dla dzieci. Przyznaję jednak, że po tym jak zobaczyłem, co Butenko wyczynia z historią niemieckiego autora nie mogłem się oprzeć: ilustracje rozciągające się na dwie strony, wykorzystanie kolażu, fantazyjne czcionki, zabawa z tekstem. Po prostu cudo.


W ogóle przeszła mi przez głowę taka myśl, że fajnie byłoby skompletować cały dorobek mistrza, ale biorąc pod uwagę jak bogata jest jego bibliografia mój portfel mógłby tego nie wytrzymać. A Butenko mimo podeszłego już wieku wciąż tworzy. Szacunek panie Butenko. Szacunek.
P.S. Ale Marka Piegusa muszę mieć... :-)

#11 Kto ulepił bałwana?

  • 5


Zabawna sprawa z tym „Pierwszym śniegiem” Jo Nesbo, bo zakupiłem go jako prezent gwiazdkowy bynajmniej nie dla siebie. Jednak jak to w przypadku książkowych podarunków bywa, w chwilę po wręczeniu bezczelnie zabrałem się do czytania. Dotarło wtedy do mnie, że niezbyt trafiłem z kolejnością, bo to już szósta część cyklu, ale powyższe okoliczności w żaden sposób nie umniejszyły mi przyjemności z lektury tego norweskiego kryminału.
Jest to dziwne o tyle, że autor kreując postać głównego bohatera serwuje nam schemat jaki był wałkowany w kryminale od dziesięcioleci. Komisarz Harry Hole to detektyw, którego praca już dawno odsunęła w cień życie osobiste. Rozwiedziony. Problemy z alkoholem. Samotnie spędzający wieczory w swym brudnym, zapleśniałym mieszkaniu. Iskierką rozbudzającą żar w jego monotonnym życiu mogłoby być tylko śledztwo w jakiejś niebanalnej sprawie. Takiej, w której mógłby stanąć w szranki z godnym siebie przeciwnikiem. Takim jak Bałwan z „Pierwszego śniegu”. I to nie osoba głównego bohatera jest tym co nie pozwala odłożyć książki na bok, ale jego adwersarz, który swoje makabryczne zbrodnie podpisuje kuriozalną wizytówką w postaci ulepienia śniegowego bałwana. Rozwikłanie jego tożsamości nie przyszło mi łatwo gdyż Nesbo umiejętnie zwodzi czytelnika, a kolejni potencjalni kandydaci szybko kończą w kostnicy. Na plus zaliczyć trzeba również przekonująco pokazany motyw, który popycha Bałwana do kolejnych zbrodni, co czyni go jednym z ciekawszych psychopatów jacy kiedykolwiek gościli na kartach powieści kryminalnych. Trochę natomiast krzywiłem się na finał, który był bardziej w duchu hollywoodzkim niż skandynawskim, ale w sumie Harry Hole pozuje tutaj trochę na takiego amerykańskiego twardziela. Jakże więc mógłby zakończyć swoje dochodzenie jeśli nie w amerykańskim stylu.
Nesbo J., Pierwszy śnieg, Wydawnictwo Dolnośląskie 2010.