Zgubne skutki kupowania domu, czyli "Dom kości" Mastertona (i jeszcze trzy fajne opowiadania w bonusie)

  • 8
Tym razem Masterton na tapecie.

Nie pamiętam, żebym jakoś wkręcił się w ten szał na horrory z Ambera w latach 90: w Kinga, Mastertona właśnie, czy innych Saulów i Guyów Smithów. Kiedy zaś w końcu wciągnąłem się w książkową grozę to jakoś unikałem czytadeł tego sympatycznego Brytola, przedkładając je nad dzieła tworzone przez króla zza oceanu. Ostatnio jednak chodzi mi po głowie, żeby nadrobić moje „mastertonowe” zaległości, co nie będzie łatwe biorąc pod uwagę ile w tym czasie natrzepał już historii.

Zacząłem od „Domu kości”. Jak już można się domyśleć po kilku wcześniejszych zdaniach „mastertonologiem” nie jestem, ale na ogół zawsze miałem takie luźne skojarzenie, że Masterton = seks, przemoc, no i jakieś duchy, wampiry itp., itd. Tutaj właściwie są tylko duchy, przemocy tyle co kot napłakał, no a o seksie to już w ogóle można zapomnieć. „Dom kości” to raczej horror młodzieżowy, z domami pożerającymi swoich lokatorów i grupką nastolatków próbujących powstrzymać „tego złego”. Da się czytać, ale dopiero po przełknięciu drewnianych bohaterów i niezwykłych zbiegów okoliczności, bo sama koncepcja ludzi uwięzionych w ścianach została przedstawiona dosyć sugestywnie. Ot czytadło jakich wiele, wcześniej wydane bodajże pod tytułem „Dom szkieletów”. Tutaj jednak powieść została wzbogacona o trzy dodatkowe opowiadania. Nie wiem czy były już one drukowane u nas w jakimś zbiorze, ale warto dla nich przebrnąć przez drętwy „Dom kości”. Albo nawet można go w ogóle olać i od razu dać się uwieść klimatycznym tekstom, które naprawdę mogą przyprawić o gęsią skórkę. Pierwszy z nich, „Szara Madonna” to historia o nieuniknionej karze za grzechy popełnione w przeszłości. Dwa pozostałe zaś, „Kształt bestii” i „Pośpieszny potwór”, traktują o potędze dziecięcej wyobraźni, która niestety nie niesie ze sobą nic dobrego. Niesamowite, że w tych krótkich opowiadaniach jest więcej emocji i grozy niż w znacznie obszerniejszym „Domu kości”, a postacie nie okazują się kłodami drewna udającymi bohaterów literackich. Ale to już chyba tak jest, że jak się produkuje tyle książek to do niektórych przykłada się bardziej, a do innych mniej.


Życie… jak powiedziałby znajomy filozof.

Warto dać się wciągnąć, czyli "Morfina" Szczepana Twardocha

  • 6

Tyle mądrych rzeczy powypisywano o „Morfinie” Twardocha: o nawiązaniach, o zabawach z formą, o grach z konwencją. No wystraszyłem się kurczę, że nie dam rady ogarnąć tak ważkiego dzieła. Na szczęście powieść wciągnęła mnie niesamowicie i to pomimo irytującego głównego bohatera, który jak dla mnie sprawiał wrażenie takiego dużego i rozkapryszonego bachora. No miałem ochotę mu porządnego kopniaka załadować, żeby się ogarnął. Chociaż może lepiej nie, bo pewnie poszedłby do mamusi i nasłał na mnie niemieckich żandarmów jak zrobił to swojemu teściowi, gdy ten zabronił mu się widywać z synkiem. Ale jednak nie mogłem mu nie kibicować, gdy z uporem maniaka bronił się przed wciągnięciem w wir wojennej historii, gwiżdżąc przy tym na ułańską fantazję i drwiąc z karykaturalnego patriotyzmu. A to wszystko napisane fajnym stylem (choć niełatwym), przez co narobiłem sobie ochoty na inne rzeczy spod pióra Twardocha. Są tu rozważania o polskości, tożsamości, patriotyzmie i pewnie o paru innych rzeczach, które niejedna mądra głowa wyłapie. Kto jednak zasiądzie do lektury z nadzieję na dobrą (i niegłupią) rozrywkę, będzie się bawił przednio, choć nie zdziwię się jeśli ponarzeka na snująca się końcówkę i w sumie dość przewidywalny i banalny finał.